Maciej Plater-Zyberk
BLOG, PROJEKTY, PORTFOLIO

0
20-10-2016 20:12
W poście na facebooku pod tematem Nie idź na studia, jeśli nie musisz padło w ramach drobnej dyskusji pytanie:

"A co to jest zadowolenie z życia zawodowego? Jako dyplomowany i doświadczony architekt ja się pytam??? ;)"


Przez cały dzień składam myśli, żeby jakoś ugryźć ten temat. Łatwy nie jest. Dodatkowo ma wiele aspektów. Niektóre z nich muszą współgrać, inne są opcjonalne. Koniec końców każdy powinien sobie na to odpowiedzieć sam, bo z grubsza jest to kwestia tego, jak się czujesz, o ile sobie tego nie wmawiasz.

Chodzi o zarobki.
Ależ na pewno nie. Owszem, to fajny dodatek, jeżeli nie przejmujesz się finansami, ale jak się po prostu dobrze zarabia (np. że się "ma na życie" a dodatkowo wystarczy także na realizowanie pasji, podróży itp a i po tym trochę zostaje) to to jest bardziej zadowolenie z życia, tak po prostu. Jeśli celem pracy jest wyłącznie finansowanie jakiegoś hobby, to można dla tych pieniędzy robić w zasadzie cokolwiek. Jeżeli praca ta jest fatalna to i życiowe zadowolenie maleje.

Kiedyś za gówniarza wziąłem robotę na tydzień. W moim ówczesnym odczuciu to była masa pieniędzy, jaka miałem dostać. Tylko co z tych kilkuset złotych tygodniówki, skoro na dojazdy traciłem prawie 2 godziny, a w samej pracy harowałem 7 razy dłużej? Po powrocie do domu już tylko jadłem i szedłem spać. Jeżeli miałbym tak pracować przez rok, to byłbym bogatym gówniarzem. Tylko że bez życia. Jaki sens ma gromadzenie środków, kiedy nie masz czasu ich wydać?

Kluczem jest, by robić to dobrze.
To także nieprawda. Najlepiej wyuczony i wykonywany zawód nie daje zadowolenia, jeżeli nas nuży i nie sprawia, że czujemy się żywi wykonując go.

Odnosząc się bezpośrednio do pytania: masz dyplom? Świetnie! Ale jeżeli on coś gwarantuje, to przede wszystkim - nie tobie. Przyjmuje się, że jest to gwarancja umiejętności dla pracodawcy. Tylko że moje zdanie na ten temat jest już znane.

Tak samo jest z doświadczeniem. Może ono dać satysfakcję, ale to też grząski grunt. W końcu doświadczenie świadczy tylko o przeszłości. Nie znam ludzi szczęśliwych, żyjących tylko nią.

Sam byłem doskonałym kreślarzem. Świetnie sobie radziłem z modelowaniem i rysunkami technicznymi. Tylko dlaczego nie zostałem architektem? Bo robiłem dobrze coś, co mnie nie kręciło. A poza tym w pracy architekta te czynności to tylko czubek góry lodowej.

Zależy dla kogo pracujemy.
Tu już mógłbym się częściowo zgodzić. Czy będzie to nasz pracodawca, czy klient, to jeżeli będą to osoby ciekawe, z głową na karku, to dlaczego nie. Jeżeli pracujesz z kimś/dla kogoś i podstawowym narzędziem tej osoby jest dyskusja, a nie rozkazy i widzimisię, to może to być element takiego zadowolenia. Ale do jego pełni czegoś jeszcze brakuje.

Wykonałem masę projektów. Zadowolony jestem z niewielkiej części z nich. Tam, gdzie był dialog, mogło nawet nie być pieniędzy, abym z wielką energią realizował kolejne fragmenty większego dzieła. A tam gdzie podstawową narracją jest "płacę, żądam"... Nie muszę chyba tłumaczyć. Największą alergię mam chyba na tych "wszystkowiedzących" co jeszcze tłumaczą jak co trzeba zrobić. To ci sami, którzy lepiej rządzili by krajem i poprowadziliby Polskę do pucharu w tzw. sporcie narodowym. A i oczywiście medycyna w małym paluszku.

Truizm.
Najlepiej jest robić to, co się kocha. Brzmi jak kołczingowa gadka, ale z grubsza to ma sens. W każdym razie z pozoru. Niestety niewiele osób może sobie na to pozwolić. Dodatkowo należy pamiętać, że to się z czasem może zmienić. Łatwo wpaść w rutynę, nie zauważając tego, że taka praca nas przytłacza.

Ale i tutaj mam wątpliwości i przykłady na to, że to może nie działać. Wiąże się to mocno z poprzednim punktem. Jeżeli pomimo Twojego zaangażowania, talentu i umiejętności musisz robić coś wbrew sobie, żeby zarobić, to nie jest to powód do zadowolenia. Może się to przytrafić świetnemu muzykowi, któremu wpadają tylko fuchy na dżingle do głupawych reklam dyskontów, albo grafikowi, który wciąż tłucze projekty opakowań do maści na żylaki.

Czy ja jestem zadowolony ze swojego życia zawodowego?
Po całym dniu głowienia się nad tym tematem, to chyba muszę powiedzieć, że nie do końca, ale...

Dlaczego nie jestem zadowolony?
Na pewno jest to związane z tym, że osiągając coraz to wyższe pułapy, mierzę wciąż wyżej. W ciągu ostatnich lat zmieniałem główny filar działalności, aby dostosować pracę do swoich oczekiwań. Kiedy jednak docieram do miejsca, w którym chciałem być, cieszę się tym tylko przez chwilę, bo zaraz obieram sobie kolejny cel. Przez to nigdy nie będę pracował w sposób, o jakim w danej chwili marzę. Pracuję na niezaspokojonym apetycie, przeroście ambicji. Do tej pory udawało mi się przeskakiwać kolejne poziomy, ale jak to mawiają, ze szczytu droga jest tylko w jedną stronę. Pytanie, jak daleko jest szczyt moich możliwości?

Dlaczego jednak mogę czuć zawodowe spełnienie?
Fakt, może już nie ma tego ognia, który był kiedyś, ale coś się ciągle iskrzy. Pomimo zarobków, które są jakie są. Żyję, moja rodzina ma gdzie mieszkać, co jeść, w co się ubrać, ale na wakacje to jedziemy do znajomych zamiast za granicę.

No to gdzie radość? Cóż, wciąż jeszcze miewam dni, które napawają mnie dumą, kiedy wychodzę z biura z uśmieszkiem, że to był dzień małych sukcesów. Moja praca jest trudna, wkurwiająca, czasem frustrująca i bywa nudna, ale przychodzą co jakiś czas momenty satysfakcji. tych niestety z czasem coraz mniej. To te chwile, kiedy pokonuję swoją niemoc, przełamuję bariery, które wydawały mi się nie do przejścia. Bywają dni totalnej załamki, braku wiary we własne umiejętności, ale są i takie, kiedy czuję się najlepszy.

I nie ma tu chyba reguły. Mi osobiście sprawia to radość, bo taki mam charakter. Wyzwania 24/7. Kiedy się za coś biorę, porażka jest nie do przyjęcia. Łatwo się w tym wypalić, ale sukcesy są jak paliwo. Póki co nie dały mi zgasnąć.
tagi:
komentarze